czwartek, 29 lipca 2010

Dziś krótko. Ot coś dla tych, którzy pamiętają fantastycznego gola, którego nasz szczypiornista Artur Siódmiak zasadził był norwegom z boiska więcej niż polowy. Wiem, to nie to samo, on celował... Ale wyobrażacie sobie, gdyby taką akcją zakończył bramkarz Szmal w tym samym meczu z Norwegami? I tak go naród kocha, a po takiej akcji dostał by dworek. Jak nie przymierzając Sienkiewicz.

wtorek, 27 lipca 2010

Są tacy ludzie, którym już na starcie inni ludzie wierzą bardziej. Jednym z takich jest lekarz. Każdej specjalności. Badania wykazują, że ludzkość lekarzom wierzy, i już. A jak wierzy, to kupi od nich wszystko. Nietrudno więc wyobrazić sobie taką sytuację na planie reklamy.

Lekarz (o czym świadczy biały kitel i zawieszony na szyi stetoskop) z wyzywającą nonszalancją podchodzi do samochodu i poleca go językiem pełnym typowych dla mechanika słów. Myli się. 
Podchodzi po raz drugi. Myli się. Wreszcie wkurzony krzyczy do reżysera: - Co ja tu robię? Tu powinien być mechanik. Ja jestem lekarzem, nie znam się na samochodach! - No i co z tego? - odpowiada głos. - Ludzie bardziej wierzą lekarzom niż mechanikom, a musimy sprzedać ten złom.

Ludzie, do których mamy zaufanie, są bowiem największym skarbem branży reklamowej. Lekarze, strażacy, policjanci i inni fachowcy branż różnych. Co jednak począć, jeśli ten skarb jest nieprzystojny i tak spięty przed kamerą, że nikt nie uwierzy mu w to, że jest, kim jest? A sądząc po reklamach, tacy właśnie są nasi fachowcy - nie nadają się, żeby ich pokazywać.

Gdyby było inaczej, to impregnatu do drewna nie musiałby reklamować aktor, który ma z ciesiołką tyle wspólnego, co ja z baletem, ale przedstawia się jako stolarz. Nie musiałby inny kłamliwie przedstawiać się jako stomatolog, żeby wcisnąć nam coś do ust, itd. Co może oczywiście nasuwać wątpliwości co do rzeczywistej jakości reklamowanego produktu. Bo może chodzi o to, że żaden prawdziwy lekarz, stolarz czy inny sprzedawca ubezpieczeń nie chce brać odpowiedzialności za promocję rzeczy czy usługi, w obawie o nadwątlenie swego autorytetu.

aktor stolarz

Twórcy reklam odpowiadają, że jedynym powodem, dla którego w ich reklamach lekarza, stolarza czy speca od finansów grają aktorzy, jest to, że nawet najgorszy aktor wypada przed kamerą naturalniej w roli fachowca niż on sam.

Może więc nie byłoby głupie, aby na uczelniach i w szkołach dla przyszłych fachowców wprowadzić zajęcia aktorskie, które uczyłyby, jak - poza tym, że jest się fachowcem - sprawiać odpowiednie wrażenie, że się fachowcem jest. I robić to na tyle sugestywnie, by widz w to uwierzył. Żaden lekarz, strażak, inżynier, stolarz czy mama nie powinni wchodzić w zawodowe życie bez tej umiejętności. Choćby po to, żeby nie obciążać sumień speców od reklamy, zmuszając ich do kłamstwa.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Jak lubią pisać fachowcy od komentarzy, w internecie zawrzało. Może nie w całym, i nie aż tak bardzo jak się spodziewali wrzenia tego twórcy, ale jednak. Ja dowiedziałem się o tym z niezawodnego Fejsbuka. Otóż usunięto z tego serwisu profil Kataryny, podobnież niezwykle kontrowersyjnej blogerki.

Ja o niej usłyszałem przy okazji jej problemów z ministrem od sprawiedliwości Czumą. Dawno to było, gdy ów Czuma był jeszcze ministrem. Nie ważne. Chociaż jedyną rzeczą jaką pamiętam z tego zamieszania pamiętam było to jak ważna jest jej anonimowość. Zresztą chyba odebrano ją jej dość brutalnie. Czego nie pochwalałem, bo to jej sprawa czy i jak bardzo chce być anonimowa, o ile nikogo nie krzywdzi i nie obraża.

Teraz jednak okazało się, że sprawa jest poważniejsza. Bo oto rzeczony Facebook wziął i usunął jej konto. I już jej nie ma. W każdym razie w chwili kiedy to piszę. Natychmiast pojawiła się teoria spisku. Otóż to rząd, a osobliwie sam Donald Tusk usuwa nieprzymilnych mu komentatorów z FB. Jednym z koronnych argumentów jest to, że (tu zacytuję fejsbukowego użytkownika

a i tak wszyscy wiedzą, że właścicielem fejsa jest rosjanin Jurij Milner (właściciel Digital Sky), no i wszyscy wiedzą jaki interes mają nie tylko rosjanie w blokowaniu kataryny, wystarczy przeczytać jej ostatni salonowy wpis

No to wiemy kto z kim zamknął Kataryński profil. I wiemy dlaczego. Wdałem się nawet w rozmowę z piewcami spiskowej teorii zniknięcia. Wszyscy oni zakładają celowe działanie rządu. I nic nie jest w stanie zmącić ich w tej sprawie pewności.

Facebook zablokował dwie parotysięczne antyBronkowe strony, dzis Katarynę. Widać jest wielkie parcie na "sprzątanie" nieodpowiednich treści. żeby było jasne: najagresywniejsze strony antykacze i antypolskie, dalej funkcjonują w sieci

Trzeba do listy dodać jeszcze strony lewackie, gejowskie i inne zło, które działają i działają. Rzecz jasna jest to kontynuacja myśli Hitlera - jak się domyślam - który odmawiał Polakom wszystkiego poza wódką. Tę uczynił tanią i dostępną. Dzisiaj tą wódką są pewnie psujące nasz naród serwisy, profile itd. Te, które stawiają im odpór są dławione jeden po drugim. Niespiesznie, ale systematycznie. Liczba ofiar rośnie.

Swoją drogą zastanawiam się jak bardzo trzeba być homo sovieticus'em żeby móc wyobrażać sobie, że gdzieś tam siedzi członek władz państwa, pewnie w randze ministra, a przynajmniej sekretarza gabinetu i kasuje profile na różnych fejsbukach :) I jakież trzeba mieć dobre samopoczucie i wiarę w siebie, żeby spodziewać się, że ktoś chciałby się babrać w kasowanie akurat jego profilu :-) Czyżby Kataryna nabrała takiego przekonania o swojej wielkości?

Przecież to nie te czasy. Tak się robiło - bo mogło się robić - jak był jeden kanał dystrybucji informacji. Tylko w takich warunkach blokowanie może się sprawdzić. Teraz byłoby to przeciwskuteczne, bo wywołuje - czego dowody piszą się same - masę niemądrych wpisów i burzę w szklance wody. Czyli przynosi skutek odwrotny.

Po drugie czemu akurat Kataryna??? Przecież ona udziela się na Salonie24, Twitterze i na... o zgrozo Blox-ie, któren przynależy do Agory. Swoją drogą gdybyż tak system w blox.pl się zmęczył i usunął kilka profili z kataryną włącznie. To by dopiero się zadziało :-)

Nie jestem czytaczem analiz pani Kataryny. Teraz nadrobiłem trochę tę zaległość i jestem w stanie zrozumieć oburzenie jej fanów. Takie zakneblowanie byłoby czymś wymarzonym dla nich i dla samej blogerki. Bo co z tego, że się jest przeciw, jeśli nikt się na to nie oburza, prawda? Taki knebel dodawałby powagi, sprawiał że wszystkie te analizy i teorie budowane z takim mozołem przez panią K. stały by się ważniejsze.

I pewnie dlatego tak trudno przychodzi pogodzić się ze smutną konstatacją, że owo zniknięcie może być konsekwencją posiadania wrogów, takich zwyczajnych. Takich, którzy po złości, albo z jeszcze głupszych powodów wciskają taki magiczny przycisk zgłaszający centrali "naruszenie regulaminu". A tam w centrali nie sprawdzają każdego zgłoszenia. Robią to losowo. Za to jak zbierze się tych głosów określona regulaminem ilość, system blokuje konto automatycznie. I dopiero wtedy przystępuje do konkretnego sprawdzania. Jak centrala po sprawdzeniu uzna, że zgłoszenia były bezpodstawne, profil wraca na swoje miejsce.

Każdy użytkownik się na to zgodził. I każdy musi się z tym liczyć, że go zaspamują źli ludzie. I I w tym przypadku słowo "źli" można zastąpić słowami "głupi" albo "idioci". Bo trzeba być głupim, żeby komuś robić takie nieprzyjemności bez powodu.

A na koniec moja ulubiona fraza w kwestii fejsbukowiczki Kataryny:

Bandyci z PO zaczynają wpadać w panikę. Udział Tuska w smoleńskiej zbrodni staje się coraz bardziej widoczny. Chcą zamknąć wszystkim usta.

Bandyci z PO zaczynają wpadać w panikę. Udział Tuska w smoleńskiej zbrodni staje się coraz bardziej widoczny. Chcą zamknąć wszystkim usta.

Przecież to oczywiste, nieprawdaż?

Obejrzałem relację z zielonogórskiego Festiwalu Piosenki Rosyjskiej. Piszę "obejrzałem", bo słuchać tego z małymi wyjątkami było hadko. Nie będę tu oceniał każdego występu po kolei. Ale ocena łączna jest za to bardzo mierna.

O tyle organizatorzy i nasi artyści, którzy się zaprezentowali mogą mieć ze mną kłopot, że zdecydowanie ponadprzeciętnie znam rosyjski rynek muzyczny. I jeśli chcieli mnie przekonać, że "ruscy są biesiadnie niemożliwi i powinni się od nas uczyć wiele", to im się nie udało. Mimo starań.

Przez cały czas zastanawiałem się dlaczego z takiej wielości możliwych do wyboru utworów wybrali tak dużo obciachowych piosenek i czemu je jeszcze bardziej skiepścili? Bo dlaczego do współprowadzenia zaproszono panią Alinę Artc przekonuje mnie ten oto fragment jej twórczości:

Jak już była potrzeba zaproszenia jednego z wielu żeńskich "trijów" obecnych na tamtejszym rynku można było trafić lepiej :-) Zapewniam.

Organizatorzy ograniczyli się do zaprezentowania najmniej ambitnej, za to faktycznie najbardziej popularnej części rosyjskiej sceny. Ale wszystkim, którzy z obrzydzeniem i wyższością mają zamiar komentować discopolowy występ Dymy Billana i żenujący wykon Via Sirus pragnę uspokoić, że u nas też najpopularniejsi są Boys, Bajm, Budka Suflera i rzesza polodance'owych wykonawców. I po podobnym festiwalu polskiej piosenki w Rosji, gdybyśmy wysłali tam najpopularniejszych, tamtejszy lud miałby mniej więcej podobne zdanie na temat naszego rynku co my o ich po tym dramatycznym przedstawieniu. 
Ale za to możemy się teraz czuć lepiej, po raz kolejny udowodniliśmy swoją wyższość.

Z tym jednak, że przy okazji dowiedziałem się dlaczego nigdy nie wygramy konkursu piosenki Eurowizji. Nie pomogłaby nam nawet piosenka, która już raz wygrała.

Wydaje mi się, że ten poziom żenady zaproponowany przez naszych wykonawców i zaproszonych gości był niestrawny nawet dla mało wyrobionego widza. Świadczyć o tym może - prawdopodobnie - bardzo małe zainteresowanie telewizyjnej widowni głosowaniem esemesowym. Może pomogła podwyżka ewentualnej nagrody za wzięcie udziału w głosowaniu. Chyba pierwszy raz byłem świadkiem takiej akcji, w której w trakcie głosowania zwiększa sie zachętę. No cóż. Może skoro w innych, szeroko reklamowanych konkursach wystarczy wysłać (wedle zapewnień pana Kurzajewskiego & Co.) darmowy SMS licząc na wypasioną furę, to trzy złocisze za możliwość zagłosowania na kiepskiego wykonawcę i niewielka potencjalna nagroda, może zabić entuzjazm.

Gwoli informacji: 
3 miejsce - Marii za naprawdę niezłe wykonanie takiej sobie piosenki "Ja nie boleju toboj"
Oryginał:

2 miejsce: 
Agnieszka Włodarczyk

1 miejsce 
Anna Dereszowska

wtorek, 20 lipca 2010

Jedną z pomundialowych refleksji jest pytanie: po co na tę imprezę wybrali się sportowi spece z TVP? Mecze wszak komentowali, patrząc w monitory mniejsze niż telewizory w naszych domach, a wychylając się ze swoich stanowisk, widzieli najwyżej innych komentatorów.

A ten malutki fragment boiska, jaki mogliby zobaczyć, gdyby wychylili się bardziej, i tak zasłaniała im głowa kibica z trąbą. Skupiali się więc na analizie telewizyjnych powtórek, statystykach i cytowaniu porannej prasy. Robili to co my tu, tylko że tam.

Kiedyś Jan Ciszewski w trakcie transmisji opowiadał czasem to, czego nie było widać. Teraz to my mogliśmy dzwonić do komentatorów i mówić im: "Szkoda, że państwo tego nie widzicie".
Z przykrością - jako płatnik abonamentu - konstatowałem, że zawsze szybciej wiedziałem, kto jest przy piłce, kto faulował albo wił się rażony kopniakiem.

Może pojechali tam wywiadować i reportażyć? Nie. Bo "korespondencje" przygotowywali ci, którzy zostali. Z materiałów agencyjnych zresztą. Chyba że pan Kurzajewski znalazł kapsel i chciał się tym pochwalić.

Nie jestem zwolennikiem oszczędzania na wszystkim, ale w obliczu ciągłego narzekactwa TVP na brak grosza może zasadne jest pytanie, co widz ma z tego, że "nasi" tam sobie pojechali?

poniedziałek, 19 lipca 2010

Poniedziałkowy Presserwis przyniósł mi wieść cokolwiek przerażającą. Otóż pani posłanka Iwona Śledzińska-Katarasińska, w dodatku przewodnicząca sejmowej komisji kultury potwierdziła moje podejrzenia, że nie jest osobą na właściwym miejscu.
W czym rzecz?

Jak podaje Presserwis:
Od połowy czerwca obowiązuje rozporządzenie KRRiT o tym, że reklamy w radiu i telewizji nie mogą być głośniejsze niż poprzedzające je programy, ale nie wiadomo czy kiedykolwiek nadawcy się do tego dostosują, bo KRRiT nie może tego sprawdzić z braku odpowiedniego sprzętu. „Do pomiarów opracowano specjalne algorytmy – bo odczuwana przez widzów głośność reklam wynika nie tyle z przekroczenia dopuszczalnego poziomu decybeli, ile z uwypuklenia tonów wysokich, przy jednoczesnej redukcji niskich. Oprócz wzorów pomiary wymagają także zastosowania specjalnej aparatury – a tej Krajowa Rada nie ma”.
Jej przewodniczący Witold Kołodziejski zamierzał nawet nabyć odpowiedni sprzęt, ale komisja kultury (pani Katarasińska) zdjęła tę potrzebę z listy potencjalnych zakupów.

Zdjęła i już. A dlaczego? Bo jak powiedziała pani posłanka od kultury: Ja i bez sprzętu mogę powiedzieć, że to rozporządzenie nie jest wykonywane. Oraz: Po co robić zakupy inwestycyjne, by stwierdzić to, co jest stwierdzalne w każdym domu, a także: wystarczy rozporządzenie i tu w ogóle nic nie trzeba badać, a głośność reklam to są fakty stwierdzone.

Czy pani posełka naprawdę nie rozumie, że nie wystarczy stwierdzić na słuch, że coś jest za głośne lub za ciche? Tak dokonywana weryfikacja - przyznajmy, że bardzo sybiektywna - może doprowadzić do postulatu, aby zdrowie psychiczne posłów oceniali w głosowaniu inni posłowie na przykład. Po co wysyłać posłankę Katarasińską do psychologa, skoro „każdy widzi, że ona jest niemądra”? Przecież to paranoja.

Oczywiście możemy uznać uznaniowość takich badań głośności. Ale co wtedy? Kryterium ma być ilość osób, którym jest za głośno? Będziemy sondaż za sondażem robili, i po każdym przyciszali reklamy, aż wyjdzie nam, że tylko 30 proc. ludzkości nie narzeka? Tylko dlaczego akurat 30? Może zejdźmy do zera. I zacznijmy od nowa, tylko w drugą stronę, bo wtedy na pewno pojawi się jakiś procent uważających, że jest jednak już za cicho. Sondażujmy więc i róbmy coraz głośniej. Odjazd.

Oczywiście posłanka Katarasińska powie, że doradcą musi być tu zdrowy rozsądek. Racja, tylko czyj? Mogę się domyślać, że każdy nie jej rozsądek, jest niezdrowy, a co najmniej dyskusyjny, więc...?

I właśnie po to posłanko Katarasińska są jakieś tabele, wskaźniki itd. do których osobiście często mam stosunek dość ambiwalentny, ale jak posłanka, poseł czy inny polityk mówi takie głupoty, to widzę w tym przejaw niekompetencji. Nie potraficie w tym parlamencie zrobić czytelnej, przejrzystej, precyzyjnej i nie pozwalającej na skrajne interpretacje ustawy, to powinniście przynajmniej wiedzieć, że te wskaźniki są właśnie po to, żeby mieć w miarę zobiektywizowany ogląd sprawy, i żeby móc egzekwować prawo.

Czy zdaniem posłanki Śledzińskiej - Katarasińskiej, przewodniczący Kołodziejski z KRRiTV ma teraz iść do imć pana Solorza i powiedzieć:
- Proszę przyciszyć reklamy.
- Dlaczego - spyta pan Solorz.
- Bo są za głośno - głos podnosi pan Krajowa Rada i brwi marszcząc groźnie daje do zrozumienia, że jest ważny.
- A po czym pan to wnosi łaskawco? - pyta pan Zygmunt, bo ma prawo do wyjaśnień.
- Ludzie mówią.
- Jacy ludzie?
- Posłanka Katarasińska z grupą posłów, pani Wanda z personalnego i mój przyjaciel Wituś.
- A moja żona zawsze mnie prosi, żebym podgłośnił. I co teraz?
- Niech się może pańska żona spotka z posłanką Katarasińską i znajdą kompromis.


Buhahahahahaha! Pani posłanko, na litość Boską!!!

PS. Przy okazji niech wolno mi będzie dodać, że sam nakaz przyciszania reklam przez nadawców uważam za wyjątkowo kiepski pomysł. Nie dlatego, że uwielbiam słuchać wycia o tamponach itp. ale dlatego, że to akurat jest sprawa między nadawcą a widzem. Jeśli widzowie naprawdę nie chcą, niech nie oglądają tej złej stacji, która zagłusza reklamami ich myśli. Nadawca - jeśli znajdzie w tym własny interes - przyciszy sam, bez potrzeby zapisywania tego w odnośnym dokumencie. Ale jak już wymyśliliście taki zapis, to dajcie go sprawdzić...

niedziela, 18 lipca 2010

Skąd ludzie biorą taką pewność siebie i jak budują tak pięknie wysoką samoocenę??? Zazdroszczę!

Oto Sąd zakazał rozpowszechniania książki Żuławskiego "Nocnik", bo poprosiła o to pani Weronika Rosati, która poczuła, że słowa w książce traktują o niej. I nie stawiają jej w najlepszym świetle. Sam konflikt kochanków obchodzi mnie mało, za to słowa pana reżysera i owszem, wzruszyły mnie trochę.

Z wywiadu Romana Pawłowskiego z reżyserem Andrzejem Żuławskim w Wyborczej o zakazie rozpowszechniania jego książki:

"za >>Dublińczyków<< pół Dublina obraziło się na Joyce'a. Czechow nie mógł zrozumieć, dlaczego jego przyjaciele obrażają się, kiedy coś napisze, bo się w tym odnajdują. Tomasz Mann jakiś czas nie mógł wjechać do Lubeki, bo by go pewnie powiesili na latarni za >>Buddenbrooków<<. Emocje przemijają, a książki zostają".

Prawda, że wysokiej samooceny odmówić Żuławskiemu nie można? Ów zapomniał tylko dodać, że w przeciwieństwie do jego naprawdę miernej literatury, wymienieni autorzy byli prawdziwie wielkimi pisarzami, i o ile ich dzieła na pewno zostaną, to jego "Nocnik" też zostanie, ale zapomniany. Zresztą powiedzmy sobie szczerze. Na rynku ona jest już kilka miesięcy, a poruszenie wywołała tylko na portalach plotkarskich typu Pudelek, Plotek czy Kozaczek. Lepiej niech pan Żuławski robi filmy. I to nie Andrzej, a syn jego Xawery... Co nie zmienia faktu, że zazdroszczę mu samopoczucia. Oczywiście jeśli mówił serio to co mówił :-)

 

piątek, 16 lipca 2010

Każde badanie oglądaczy telewizorów jest warte uwagi. To wydało mi się interesujące również dlatego, że okazałem się według niego bardziej brytyjskim niż polskim telewidzem. Przynajmniej w kwestii minionego niedawno Mundialu. Oto co ustaliło Discovery:

Kanał Discovery Channel spytał swoich widzów, jak oceniają tegoroczne Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w RPA. Czy było to dla nich wydarzenie sportowe warte oglądania w telewizji? Pytanie na pozór oczywiste przyniosło ciekawe odpowiedzi – w Szwecji tylko 37% a we Francji 40% badanych uznało Mundial za wart oglądania. W Polsce piłka nożna od zawsze cieszy się dużą popularnością i nie dziwi znacznie wyższy wynik uzyskany w odpowiedzi na to pytanie – 64% badanych uznało, że mistrzostwa warto oglądać w telewizji. Najwięcej fanów oglądania transmisji znalazło się jednak w Wielkiej Brytanii – aż 82%.

Discovery Channel przeprowadziło badanie pod koniec tegorocznego Mundialu, zapraszając do niego grupę aż 3279 respondentów z 10 krajów: Holandii, Rosji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Portugalii, Francji, Niemiec, Szwecji, Włoch a także z Polski. Widzowie byli pytani między innymi o to, jak oceniają dźwięk wuwuzeli, zachowania piłkarzy i profesjonalizm sędziów.

Z badań wynika, że aż 68 procent Polaków twierdzi, że piłkarze zachowują się, jak rozpuszczone dzieci, podobnie uważa większość Europejczyków – najwyższy odsetek ludzi niezadowolonych z zachowania piłkarzy pojawił się w Wielkiej Brytanii, gdzie 90% ankietwanych podziela tę opnię.

Blisko połowa respondentów stwierdziła, że piłkarze powinni okazywać większy szacunek menedżerom swych drużyn i sędziom. Warto wspomnieć, że opinię taką wyraziło aż 80% badanych w Wielkiej Brytanii, pomimo iż sędzia nie uznał prawidłowo zdobytego gola Franka Lamparta w meczu przeciwko Niemcom. Z drugiej strony aż 43% Polaków określiło pracę sędziów jako fatalną.

Nie tylko zawodnicy byli źródłem kontrowersji. Widzowie skarżyli się również na słynne na cały świat wuwuzele, których dźwięk aż 60% Polaków określiło jako drażniący. Tylko 17% z widzów Discovery Channel w Polsce twierdzi, że dźwięk trąb idealnie pasuje do atmosfery Mundialu. Prawie dwukrotnie więcej sympatyków (31%) wuwuzele znalazły w Portugalii. Z kolei Jabulani – zaprojektowana specjalnie na te mistrzostwa piłka, która była przedmiotem ogromnej krytyki, nie wzbudziła dużych kontrowersji wśród badanych widzów. W Rosji tylko 9% uznało, że popsuła ona jakość rozgrywek. Wśród Polaków taką opinię podziela 23% badanych.

________________________________________
Badanie zostało przeprowadzone w dniach 9-12 lipca 2010r przez firmę badawczą OTX na zlecenie kanału Discovery Networks Europe. Wyniki zostały oparte na odpowiedziach 3 279 ankietowanych, udzielających odpowiedzi w panelu on-line w Holandii, Polsce, Rosji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Portugalii, Francji, Szwecji, we Włoszech i w Niemczech. Wszyscy ankietowani byli w wieku powyżej 18 lat, w badaniu uczestniczyły kobiety i mężczyźni.

Właśnie z przykrością skonstatowałem, że nasi artyści okazali się jakoś tak mało współczujący. Myśl ta mnie naszła, kiedy wpadłem przypadkiem na piosenkę Heya i przyjaciół jego, którą zaśpiewali w trosce o dotkniętych powodzią w pamiętnym roku 1997. Natychmiast zdałem sobie sprawę, że mimo takiego ogromu powodziowej tragedii nasi artyści wyjątkowo nie nagrali żadnego okolicznościowego hiciora, pod którym można by emitować numer esemesa z prośbą o datek wspierający ofiary powodzi najnowszej.
Zdziwiła mnie ta konstatacja bardzo, bo przecież nasze mniejsze i większe gwiazdy lubią się zbierać w szczytnych celach. Lubią gromadnie śpiewać charytatywne songi, i to przy mniej dramatycznych okazjach niż ta ostatnia. Czasem wychodzi im to nawet nieźle. Jak choćby przy okazji wspomnianej akcji Heya z 1997 roku.

I dlatego postanowiłam przyjrzeć się, przypomnieć jakież to wspaniałe były piosenki i ku czemu zostały nagrane? Dlaczego najnowsza powódź okazała się za mała na swoją własną rozdzierającą duszę pieśń.

Chociaż na pewno były i podobne przykłady z czasów dawniejszych, to ten pierwszy taki oddolny, nie związany z żadną oficjalną okolicznością, a powstały za sprawą (prawdopodobnie) szczerego odruchu serca jaki pamiętam, to ten z roku 1987. Wtedy właśnie ekipę skrzyknął Jan Borysewicz i zaintonował pieśń "Stanie się cud". Z tego co pamiętam to akcja miała coś wspólnego z dziećmi. I pewnie była próbą odkupienia przez Jana win, po akcji z pokazaniem zawartości majtek zgromadzonym na jego koncercie dzieciom i ich rodzicom. Rzecz nagrana została dwa lata niespełna po słynnym hicie "We Are The World", i ewidentnie nim inspirowana. Czemu my nie mielibyśmy mieć swojego charytatywnego przeboju. No to mieliśmy :-)

Naszych artystów za serce ściskały nie tylko nasze wewnętrzne problemy. Takim było np. pamiętne tsunami, które spustoszyło spory kawałek ziemi... Na tę okoliczność spreparowano hit pod wiele mówiącym tytułem "Pokonamy falę" z mało udanym (czy może bardzo nieudanym) rapem pani Urszuli.

Śpiewnie też wspieraliśmy UNICEF w 2005 roku. Jestem pewien, że gdyby najbogatsi ludzie świata zauważyli, że do wspólnego kristmasowego śpiewu udało się namówić samą Katarzynę "darmowy esemes" Cichopek i Kaję "klan" Paschalską, to Unicef nie wiedziałby co robić z pieniędzmi. Niestety nikt się nie dowiedział, chociaż sama piosenka niekulawa.

Gwiazdy śpiewem synchronicznym wspierały też poszkodowanych podczas huraganu w okolicach Częstochowy i ofiary wypadku autokaru pod Grenoble. Rozdzierającą pieśń na tę okoliczność stworzyła pani Maria Marysia Sadowska:

Kilka dużych gromadnych projektów sprowokowała WOŚP. Najlepszą i zrobioną z największą pompą jest na pewno "Wiara", którą zorganizował zespół IRA kiedy był w dobrej formie. Znaczy sie dawno :-)

Wielu chciało sie ogrzać przy Orkiestrze więc i pieśni powstało pierdyliard. Głównie po to powstały, żeby pomóc podlansować ich twórców, ale jako że na ogół były kiepskie, nie udało im sie przetrwać. Może jeszcze z tym jednym wyjątkiem Orkiestrowego gwiazdośpiewu. Ha-Dwa-O! i przyjaciele przyjaciół jeszcze dalszych przyjaciół w piosence "Serce sercu".

W 1994 roku artyści poruszeni byli tragedią jaka wydarzyła się w hali Stoczni Gdańskiej, gdzie podczas występu Golden Life wybuchł pożar. Były ofiary śmiertelne, wiele osób straciło zdrowie... Piosenka którą śpiewa z pomocą przyjaciół zespół Golden Life była w równej mierze próbą pomocy pokrzywdzonym, co rodzajem terapii dla samego zespołu, dla którego była to spora trauma. To niezła piosenka.

Natchnieniem dla grupenśpiewców był również papież Jan Paweł II. Tę pieśń - jeśli się nie mylę - nagrano by uczcić jego 80. urodziny.

Spory wkład w rozwój polskiego gwiazdośpiewu ma telewizja Polsat, a właściwie Fundacja Polsat. Nigdy nie było im ciężko namawiać artystów do udziału w kolejnych projektach. Na pewno nie tylko dlatego, że taki udział dawał szansę na późniejszy lans w jednej z większych telewizji. I tak powstało kilka piosenek. Oczywiście w większości wypadków - jeśli nie we wszystkich - tekst na kartce zapisał Jacek Cygan. On napisać potrafi o wszystkim i szybko.

Wystarczy chcieć

Skoro mógł Polsat, to musiał TVN. Wkrótce odpalił swoją fundację, i natychmiast postanowił skrzyknąć stałych bywalców gwiazdośpiewów, żeby zaintonowali hymn rzeczonej fundacji. Oczywiście do słów Jacka Cygana. Bo jakże inaczej.

No właśnie. Zauważyliście, że od pierwszego hiciora w składach tych charytatywnych ansambli nazwiska i twarze z grubsza te same. Z grubsza i z dłuższa. Niektórzy upatrywali w tym swoją szansę na sukces. Na przykład taki zespół ROAN, który skrzyknął bardziej niż oni znanych znajomych i nagrał radosną pieśń "Pada śnieg". nie pamiętam żeby pieśń wiązała się z jakimś innym celem niż taki żeby zapamiętano nazwę zespołu. Ale skutek marny. Piosenka zresztą też nienajlepsza.

Tymczasem dla tegorocznych powodzian owszem zaśpiewał pan ojciec Mateusz. Ale tylko dla Sandomierza. I nie stworzył na tę okoliczność specjalnego utworu. O to zadbali tylko zaangażowani politycznie, nie znani mi z innej twórczości raperzy.

Chyba, że coś przeoczyłem...

środa, 14 lipca 2010

Czasami trzeba się zaśmiać głośno. Ja się zaśmiałem.

gorrrrąco

poniedziałek, 12 lipca 2010

Polańskiego nie oddadzą, bo jest stary. Nie żebym życzył mu więziebnia. Przypuszczam, że to pewnie zacny człowiek - o czym zapewniają mnie (i nas wszystkich) ci, którzy go znają. W każdym razie nie wygląda mi na złego człowieka, który życie spędza na robieniu złych uczynków.

Jakoś tam zrozumiałe jest też to, że szwajcarski sąd nie przychylił się do wniosku amerykanów. Jeśli chcą, żeby ich prośby traktować poważnie, to mogliby owi amerykanie i swoich obywateli, będących złem wcielonym odsyłać do krajów, w których popełniali przestępstwa. Ale tego nie robią. Bo nie oddają swoich obywateli. Więc Szwajcaria też ma prawo.

Oburza mnie natomiast jeden z fragmentów uzasadnienia odmowy ekstradycji naszego izwiestnego rieżisora. TVN 24 tak zreferowała ten fragment wypowiedzi pani szwajcarskiej minister sprawiedliwości Eveline Widmer-Schlumpf:

W tym wypadku zadaliśmy sobie pytanie, jaki jest interes organów ścigania w tym konkretnym przypadku – wyjaśniała minister sprawiedliwości. Jak zauważyła, Polański niedługo skończy 77 lat, a czyn, o który jest oskarżany zdarzył się 33-lata temu.

I ja się zgadzam z tym, że po tylu latach ktoś może już być nie tym samym człowiekiem, że odkupić może winy swoje i w ogóle. I piszę to szczerze i z pełnym zrozumieniem dla Polańskiego. Ale nie zmienia to faktu, że mam bardzo pomieszane uczucia czytając takie słowa. Zwłaszcza, jeśli pod nimi czytam pełne euforii komentarze, jak to dobrze, jak to słusznie i jak praworządnie.

Bo jak w takim razie ma się do tego ściganie złych ludzi, którzy swój czyn popełnili lat wiele temu. Czy fakt, że komuś udawało się unikać kary przez lat 30 i szczęśliwie dorzyć starości rozgrzesza go sam przes się? Czy Jaruzelski generał może być targany po sądach mimo, że czyn o który jest oskarżany też miał miejsce 30 lat temu u więcej, a on sam jest grubo starszy od Polańskiego?

Można było znaleźć pierdyliard lepszych argumentów za tym, żeby Polańskiego nie sądzić. Wybrano ten, który mnie absolutnie nie przekonuje. I nie powinien być w ogóle brany pod uwagę.

bądź jak Polański

niedziela, 11 lipca 2010

Tuż po włączeniu odbiornika zacząłem nerwowo szukać w pokoju czegoś, co można by naprawić lub nadać temu inny sens istnienia, niż przypisała mu w swej mądrości fabryka. Wszystko za sprawą pana Adama Słodowego, który na ekranie, bez egzaltacji, za to z zazdrości godną konsekwencją, robił właśnie coś niedającego się zrobić. Wróciły wspomnienia.

W jego rękach odkurzacz stawał się gustownym lampionem, taboret maszyną do pisania, a kartka trwałym portfelem. Nic nie było tym, na co wstępnie wyglądało. Co może wydawać się trochę głupie, bo niby czemu robić butelkę z kubka, skoro istnieje butelka. Ale pamiętajmy, że w realnym socjalizmie generalnie nic nie było tym, czym jest, a i tak nie można było tego kupić.

Oczy męczyłem, wpatrując się w każdy zniekształcony wątpliwej jakości kineskopem telewizora Zefir ruch pana Adama. Starałem się uchwycić ten jeden moment decydujący o tym, że pudełko po zapałkach staje się lodówką. Niestety, w chwili gdy już, już miałem poznać wielką tajemnicę natury, pan Adam schylał się i ze słowami "...żeby nie przedłużać, przygotowałem tu już wcześniej..." wyciągał spod stolika skończony produkt.

Pytanie, czy pan Adam naprawdę robił te rzeczy, czy była to ściema, stawiałem na równi z kwestią istnienia św. Mikołaja. Zwłaszcza, że nie poznałem nikogo, komu udałoby się wysłać karmnik w kosmos albo przynajmniej sprawić by wyglądał jak karmnik. Albo skleić samochód według jego książki "Budowa samochodu amatorskiego".

Naczelny majsterkowicz Polski Ludowej i kolejnych jest jednak prawdziwy. To on własnoręcznie zbudował kiedyś np. dmuchawę do robienia wiatru w studiach telewizyjnych, żeby aktorom na ekranie gustownie falowały włosy. To to coś, czego korbą z zapałem kręci w czołówce "Kabaretu Olgi Lipińskiej" woźny Turecki.

Ileż taki niepozorny pan dawał swoim programem radochy! Rozbudzał wyobraźnię i pomysłowość. I komu to przeszkadzało?

Adam Słodowy

Archiwalne odcinki programów pana Adama Słodowego, w każdą sobotę w tvp kultura, ok. 10.

piątek, 09 lipca 2010

Ostatnio w TVP krytyczniej chyba podchodzą do swego dzieła. A może chodzi tylko o to, że wśród redaktorów ichniejszej strony internetowej znalazł się człowiek (ludzie może) który nie dość, że ma swobodny stosunek do produkcji żywiącej go telewizji, albo chciał błysnąć intelektem. Jakby nie było, to co zobaczyłem bardzo mnie rozbawiło. Zwłaszcza, że sam bardzo podobnie zatytułowałem swoją opinię na temat serialu "Magda M. wyjeżdża na wieś", czy jak to się oficjalnie nazywa "Dom nad rozlewiskiem".

A tu przeczytacie notkę na temat "Domu nad rozlewiskiem"

Rozpacz nad rozlewiskiem

środa, 07 lipca 2010

W latach tzw. komuny, kiedy telewizja była już kolorowa, ale życie jeszcze nie tak bardzo, Telewizja Polska otwierała się na nowe. To "nowe" to rock. Oczywiście próbując - przyznajmy, że z naprawdę niewielkimi wyjątkami - regulować ten spontaniczny ruch przez kompletne upupianie. To zresztą cecha TVP, która pozostała jedną z jej znaków rozpoznawczych. Już wtedy wykuwały się woroniczowskie standardy autentyzmu i prawdy.

No nic, starano się jednak bardzo. Dzięki tym staraniom połączonym z absolutnym niezrozumieniem oswajanej z bólem materii, dzisiaj możemy w różnych jutubach odnajdywać różne perełki, wielkie przykłady kiczu. I to nie bez przyjemności.

Trudno mieć pretensje do różnych zespołów, że zgłaszały się do muzycznych programów, ale trudno też czasami nie pęknąć ze śmiechu. Zwłaszcza widząc takie ich zaangażowanie. 
Gdy odnalazłem ten fragment, mało nie przewróciłem się, chociaż siedziałem. I nawet nie chodzi już o samą piosenkę i wykon, chociaż... Ale kontekst cały i wydarzenie jako takie. Ten wstęp, ten sznyt, i nagle... śmierć :))))) To musiało być niezłe przeżycie, dla stolikowców. I dla publiczności w studiu, i dla widzów, i dla samego zespołu. Ciekaw jestem jak oni tłumaczyli sobie swoją obecność w tych okolicznościach przyrody, i tego no... niepowtarzalnej.
Przed państwem... Nie, nie będę wyręczał tego pana, on tak ładnie ich zapowiada
:-)

A dla przeciwwagi jeden z moich ulubionych utworów tamtego czasu. W ogóle zespół Korba był takim fajny, radosny i zawodowy. A poza tym, dali ludzkości przynajmniej kilka niezłych numerów. Proste, bezpretensjonalne... Szkoda, że tak rzadko się ich przypomina.

PS. I już tylko przy okazji, wrzucę bodaj najgorsze muzyczne wspomnienie z minionej epoki. Taki koszmarek. Pod każdym względem.  :/

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21