środa, 23 listopada 2011
Obejrzałem zapowiadany jako sensacyjny kolejny odcinek reporterskiego programu TVN 'Superwizjer'. Odcinek miał ujawnić nieujawnione, wyjaśnić niewyjaśnione i ostatecznie odpowiedzieć na pytania. Zasiadłem przed telewizorem i już po kilku minutach wiedziałem, że znowu zostałem nabity w butelkę. Zapomniałem ja naiwny, że TVN to przy całej mojej sympatii dla wielu pracujących tam osób taki trochę telewizyjny "Fakt", w którym za okładkowym żółtym słowem SZOK zwykle kryje się jakaś bzdura. Nie, może nawet nie to. Bardziej chodzi o to, że w TVN jak mówią, że coś będzie, to zwykle kończy się na tym, że mówią.
I dacie wiarę, że na tym koniec? Czy Polska Policja miała świadomość tych powiązań??? - zapytał na koniec dzielny reporter nie zważając na to, że w reportażu przedstawicielka Policji już to wyjaśniła, i zostawił nas w tej tefałenowskiej niepewności. Tiaaaa... Wygląda na to, że kunsztem narracji i budowania napięcia postanowiono pokryć koszta wyjazdów reporterów i całą dobrą, nikomu niepotrzebną robotę, którą wykonali. I nie do końca się udało.
piątek, 18 listopada 2011
Coraz trudniej jest utrzymać widownię dużym, ogólnotematycznym stacjom. Ale jak ktoś jest dobry, to nic nie jest w stanie mu przeszkodzić w osiągnięciu celu. Jednak taki tytuł musi budzić... No właśnie, co budzić? Szacunek? Zdziwienie??? A może tylko... No sami zobaczcie:
No nie oszukujmy się, rozbawienie ;)))) Oczywiście chodzi o jedno małe pasmo, w którym poprzednio miał widownię zatrważająco małą, a teraz ma większą. Czego dowiadujemy się już jednak dopiero z tekstu. Bo tytuł przyznacie mylący. Życząc wirtualnym potrojenia widowni (w dolnym jego lewym rogu na przykład) czekam na kolejne wiadomości.
czwartek, 10 listopada 2011
Z przyjemnością przypominam (lub informuję rzeczy nieświadomych), że na publiczną antenę wraca Pan Jan Pospieszalski. Tym razem pod wezwaniem słowa 'bliżej', chociaż nadal w konwencji, że podobno 'warto rozmawiać'. Naprawdę cieszę się, że wraca redaktor Jan na antenę publiczną. Nie tylko dlatego, że będę miał z pewnością pożywkę dla swoich urzędowo niesprawiedliwych felietonów, ale dlatego, że lubię wiedzieć, że głos ma każdy. Bo to właśnie jest ważne. Inna rzecz, jak bardzo bawiło mnie to, na ile program telewizyjny jednego, i to wcale nie najmądrzejszego człowieka stał się sprawą racji stanu dla prawicowych publicystów. Ciekaw jestem co by się stało, gdyby inny radykał dostał swój program i wypełnił prawicową lukę? Jak wtedy motywowano by konieczność powrotu redaktora Jana na publiczną antenę. Czy nadal pół prasy w naszym kraju zajmowałoby się okresowym bezrobociem jednego dziennikarza. No nic. W każdym razie w czwartkowym, dzisiejszym wydaniu swojego nowego show zajmie się kwestią Marszu Niepodległości. I zada sobie i gościom następujące pytania: (tak przynajmniej sam to anonsuje) A w komunikacie czytamy:
Do studia przez bohatera-dziennikarza zaproszeni zostali: prof. Jan Hartman – etyk, przeciwnik Marszu Niepodległości, Tomasz Karolak - aktor, uczestnik inicjatywy Kolorowej Niepodległej, Sylwia Ługowska – przedstawicielka środowisk patriotycznych, prof. Jan Żaryn – historyk, członek komitetu honorowego Marszu Niepodległości.
„Jan Pospieszalski: Bliżej” Przyglądam się i przysłuchuję tej absurdalnej debacie na temat koszulkowego orzełka i śmiech mnie bierze. Zwłaszcza, że takie się zrobiło oburzenie. Dziennikarz Rymanowski dostał niemal ataku spazmu w swoim środowym programie w TVN 24, ciesząc się, że mógł rzucić troskliwy żart w stronę niejakiego sekretarza Kręciny, pytając: czy teraz (w związku ze zmianą orzełka) przed meczami naszej reprezentacji zamiast hymnu narodowego grany będzie hymn PZPN. Cała sprawa z tym nieszczęsnym logiem trochę taka dęta się wydaje. Ja rozumiem, że można się było zdziwić, że nie podobać się to może itd. Ale patriotyzmu bym do tego nie wciągał jednak tak bardzo. Tymczasem wszystkie programy informacyjne, gazety i inne media rzuciły się na orła i PZPN posługując się sprytnie kibicami i ich zdaniem, które właśnie dotyka patriotyzmu, etosu i tradycji w ogóle. No to ja tak pod prąd trochę, narażając się na potępienie płynące z miodnych ust jednego z przywódców ruchu "oburzonych", pana Janka co zatrzymał Anglię Tomaszewskiego.
I na koniec. Tak, chociaż nie czułem potrzeby zmiany godła na logo, to ten nowy orzełek - bo to ewidentnie jest orzełek - podoba mi się.
poniedziałek, 07 listopada 2011
Do napisania tej notki sprowokowała mnie znaleziona w głębinach internetu czeska wersja czołówki znanego i lubianego przez pół świata polskiego serialu. Piosenka o dzielnych pancerniakach zaśpiewana po czesku oczywiście wywołała uśmiech na twarzy mej i wspomnieniach. Zabawa była przednia, bo zgódźmy się, że:
...brzmi uroczo. I pewnie zabawa nieskrępowana głębszą myślą trwałaby jeszcze chwil kilka, gdyby nie znalezisko kolejne. Otóż wśród pancerniackich urywków znalazłem i ten niemiecki. Przyznacie, że piosenka o na niebie obłokach i po wsiach pełno bzie, śpiewana po niemiecku sama w sobie jest cokolwiek perwersyjna. Ale nie to mnie poruszyło. Wyobraziłem sobie co mali Niemcy musieli czuć kiedy tę radosną podróż naszych dzielnych wojaków okraszoną niewybrednymi komentarzami na temat 'szwabów' (żeby nie powiedzieć mocniej) i trupem niemieckim się ścielącą, oglądali w swoim enerdowskim teleranku. Jak to się mogło stać, że to było tam za Odrą naprawdę takie popularne? Jak to być mogło, żeby tamtejci rodzice sadzali małych enerdowców przed ekranem mówiąc 'dobrej zabawy'? Przecież to tak, jakby rosjanie nakręcili serial o tym jak świetnie się zabija Polaków i powtarzali że Polacy to najgorsza swołocz, a my odczuwalibyśmy przyjemność z obcowania z tym dziełem. Albo gdyby Niemcy zrobili serial sławiący dokonania ich niezwyciężonej armii w Polsce, a my kazalibyśmy oglądać to naszym dzieciom mówiąc, że to świetna zabawa. Słabo jakoś. W związku z niedawną premierą Teatru Telewizji, spektaklem "Boska", nadawanym na żywo z telewizyjnego studia TVP 1, publicyści i ludzie wykorzystywani w mediach jako tzw. najstarsi górale (z racji tego, że zawsze skorzy są do dzielenia się swą pamięcią) zgodnie powtarzali kwestię: "TVP wróciła do tradycji spektakli na żywo".
Przypomnę, że Teatr TV na żywo to nie był sprytny nowatorski zamysł twórców, a konieczność wynikająca z technicznej niedoskonałości epoki, w której powstawał. W dodatku - o zgrozo! - teatr ów to nie tylko dzieła wybitne i epokowe wydarzenia artystyczne. Jednym z takich żywych teatrów była na przykład "Stawka większa niż życie". Tak, "Stawka..." była i teatrem, i na żywo. A niczego jej nie ujmując, wydarzeniem artystycznym trudno było ją nazwać. Jak zresztą sporą część ówczesnego repertuaru tej sceny. Co wcale nie jest żadnym wobec niej wyrzutem. Co w najmniejszym stopniu nie osłabia mojego entuzjazmu dla teatralnej sceny TVP. Chodzi tylko o to, żebyśmy po jednorazowym sukcesie przygotowanej z rozmachem premiery nie zapomnieli o nieodświętnej codzienności Teatru Telewizji. I żebyśmy o nią dbali. Tak po prostu.
środa, 02 listopada 2011
Prawdę mówiąc czekałem na to doniesienie cały wieczór. Podczas kiedy naród i jegojęzyczne media opiewały wspaniałość pana kapitana Wrony, który latać umie jak orzeł itd. inni szukali prawdy najprawdziwszej. I tak okazało się, że to nie tyle pan pilot i jego załoga zapobiegli tragedii, co Jan Paweł II do spółki z panem redemptorystą Piotrem Chyłą, który przewidująco przed wejściem do samolotu, wziął był relikwie błogosławionego na pokład. Sam rzeczony redemptorysta opowiadając wszystko w TV Trwam w programie "Polski punkt widzenia" przez pół godziny rozpływał się nad wspaniałością załogi, i dopiero jakoś tak po siódmej minucie zdanie wtrącił, że miał przy sobie relikwię, ale "nie chcę powiedzieć, że to dzięki temu...". To jednak wystarczyło członkowi społeczności salon24.pl piszącemu pod wezwaniem "Lubię prawdę" zadać pytanie:
No tak, gdyby nie wspomniane relikwie, to z tymi umiejętnościami pilota, to jednak na dwoje babka wróżyła. Z tym fantastycznym wpisem na salonie, dobrze koresponduje wpis Samuela Pereiry na jego facebookowej ścianie Mediowo:
Rozumiem, że są to pretensje o to, że w pamiętnym samolocie pamiętnego pana Prezydenta nie było ochronnych relikwii. Bo gdybym przypuszczać miał, że panu Samuelowi chodziło o to, że nad Smoleńsk na wieść o mgle nie wysłano naszych myśliwców F16, żeby ją rozgoniły (i co z tego, że przy okazji doprowadzając do starcia z całymi siłami powietrznymi najpierw Białorusi, a gdyby udało im się je pokonać, to również Rosji) to przestałoby to być zabawne. No, ale skoro jasność mamy daną nam przez "Lubię Prawdę" co do kwestii wpływu relikwii na bezpieczeństwo lotu (czy raczej lądowania) to już uszami wyobraźni słyszę sugestię kolejnych mędrców, żeby w każdym polskim (przynajmniej tym prawdziwie polskim) samolocie powinny znajdować się odpowiednio eksponowane relikwie różnych świętych. Może to mieć i ten skutek, że do cen lotniczych biletów dodano by jeszcze jedną zmienną, czyli rangę i poziom świętości (albo skuteczności) osoby, której relikwia znajdowałaby się na pokładzie. Oczywiście różnica w cenie przekazywana byłaby na rzecz Kościoła. Najtrudniej byłoby się pewnie dostać do takiego, w którym ciałem (w pewnym sensie) obecny byłby JPII. Chociaż z drugiej strony, jego relikwii jest stosunkowo dużo i wciąż, w razie dużego popytu można sięgnąć po więcej, więc może nie być najdrożej. Gorzej będzie, jeśli szczególną przydatnością w kwestiach lotniczych wykaże się np. szczebel z drabiny, która przyśniła się Jakubowi. Chociaż... W końcu była to drabina do nieba, to szczebli też nie powinno zabraknąć.
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
WOJTKO
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||